View Colofon
Original text "Hiša v Hajfi" written in SL by Andraž Rožman,
Other translations
Editor

Marta Pustuła

Published in edition #2 2019-2023

Kilka miesięcy później

Translated from SL to PL by Joanna Borowy
Written in SL by Andraž Rožman

12 sierpnia

„Mohammad, bądź przy telefonie za pół godziny. Myślę, że go znalazłem!”

Podnoszę się z łóżka, cały roztrzęsiony ubieram się jak najszybciej i wychodzę z hostelu. Szybko. Jakby miało znaczenie, że dotrę do domu pięć minut wcześniej lub później. Prawie zbiegam po zboczu w dół portu, gdzieś pomiędzy żydowską dzielnicą Hardara Carmel a niegdyś palestyńską Wadi Salib. Wciąż jednak słyszę piłę, tnącą najprawdopodobniej żelazo, oraz odgłosy kur i kogutów. Niezwykłe. Zapach wsi w środku miasta, które chce wymazać historię i być nowoczesne. Jakbym cofnął się do 1948 roku, kiedy z tego wzgórza Hagana otoczyła Palestyńczyków, strzelając do nich, burząc ich domy i zmuszając do ucieczki w stronę morza. Ludzie czekali na molo, żeby wejść na pokład statku, odpłynąć w kierunku Akki po drugiej stronie zatoki i udać się do Libanu i Syrii. Do uchodźców należeli ojciec Mohammada, Sulejman, matka Samera, dziadek Daud, babcia Bagdad, ciocia Labiba… 22 kwietnia 1948 roku nie sądzili, że już nigdy nie wrócą do tego kraju. Nie wiedzieli, że ich dzieci i wnuki nigdy nie zobaczą Hajfy.

Strome są stoki wzgórza Carmel. Po przemierzeniu w dół dwóch kondygnacji bezlitosnych schodów i po przekroczeniu dwóch dróg z najnowszą sygnalizacją świetlną docieram do ulicy Wadi Salib. Szukam domu numer 16. Gdy siostra Mohammada poinformowała mnie kilka minut wcześniej, że znalazła pożółkły dokument Dauda z tym adresem, byłem pewien, że ​​widziałem ten dom już wcześniej. Błąd. Tam jest numer 17 i inne numery. I park z palmami, starannie skoszona trawa i skwer. Tam jest plac budowy, wyrastają z niego mieszkania, a w tle monstrum – szklany budynek z niezliczoną liczbą pięter, wyglądający jak gigantyczny statek kosmiczny ze spiczastym dziobem. Tam jest meczet. A tam nad morzem stoją czerwono-białe żurawie. Brakuje tylko numeru 16. Ale jeden z tych domów musi być tym właściwym. W głowie rodzi mi się wiele pytań. 

Czy dom zburzono? Czy syjoniści zburzyli ulicę, tak jak to zrobili z pobliskim cmentarzem, a dom ma teraz inny adres? Czy zmienili tylko numery domów?

Idę w stronę sąsiednich zabudowań. Wadi Nisnas. Obecnie mieszka tu większość ludności pochodzenia palestyńskiego. Muszę zadzwonić do Mohammada. Wolałbym nie. Zastanawiam się, czy nie za wcześnie powiedziałem mu o domu.
Powinienem był poczekać i się upewnić, a nie poddać euforii i przekazać mu na wpół zweryfikowaną informację.

„Przepraszam, jeszcze go nie znalazłem. Ale jestem bardzo blisko. Teraz wiem, na której ulicy się znajduje. Zostało mi kilka domów, może dziesięć. Jeden z nich może być twój”.
„Nie martw się. Po prostu zostaw tam szal mojej mamy”.
„Tak zrobię”.

Przed moim wyjazdem Mohammad przyniósł do baru Shakira bawełniany szal. Pięknie zachowany. Zielony, bordowy, niebieski, z różnymi wzorami. Chciał, żebym zostawił w Hajfie coś od niego. Zapytałem go o historię tego szala. Wyczytałem z jego twarzy, że w tym momencie nie jest gotowy na odpowiedź. „Opowiem ci, kiedy wrócisz”.

Kontynuuję spacer przez Wadi Nisnas. Docieram do Ogrodów Bahaitów i skręcam na północ, idę nieco dalej w kierunku morza, żeby dojść do Fattoush. To restauracja z luksusowymi ogrodami, wspaniałym palestyńskim jedzeniem i kawą z kardamonem.

Przy jednym z drewnianych stołów czekam na działacza palestyńskiego Jafara Faraha. Nie jestem pierwszym, który przybył do Hajfy, by szukać domu. Mężczyzna z gęstymi włosami i krzaczastymi wąsami wie, do kogo się zwrócić w przypadku takich pytań. Wymienia osoby, do których powinienem zadzwonić.

Zabiera mnie do swojego samochodu. W GPS wpisuje „Wadi Salib Street 16”. Urządzenie znajduje adres i prowadzi nas na wschód wzdłuż portu do ulicy, którą już znam. Jestem pewien, że jestem o krok od znalezienia celu. Zbliżamy się do numeru 16. Kobiecy głos oznajmia: cel jest po prawej stronie. Patrzę w prawo. Ale widzę tylko park. Ten park z palmami, skwerem i niemal angielskim trawnikiem. Czy dom stał w tym miejscu i został zburzony? Możliwe. Jednak bardziej niż nawigacji wolę zaufać ekspertom. Z niektórymi planuję spotkania.

13 sierpnia

Dzwonię do ludzi, których Jafar mi zasugerował. Walid Karkabe wykazuje znaczne zainteresowanie moją historią. Ma dostęp do archiwów. Obiecuje mi, że spojrzy na stare mapy. Otrzymuję też nowe informacje od siostry Mohammada. Dokument, który znalazła, może nie zawierać adresu domowego, ale adres zakładu fryzjerskiego Dauda. Takie wyciągam wnioski po rozmowie z nią. Nie wiem, czy bardziej chcę przekonać samego siebie, że wciąż jest nadzieja, czy może faktycznie jej wyjaśnienia można interpretować w ten sposób. Kwestię mogę rozwiązać tylko, jeśli zobaczę dokument na własne oczy. Wyśle mi go. Muszę jedynie poczekać.

Informacje mnie męczą. Wracam do Fattoush na hummus i labneh. Ciężka głowa, ciężkie ręce i nogi. Nie chcę się już ruszać. Dlaczego tu w ogóle przyjechałem? Mohammad sam sporządził szkic domu, dzielnicy i ulicy Wadi Salib, zakładu fryzjerskiego dziadka, dobrodusznej Żydówki Rahel… A teraz ja zniszczę jego iluzję. Podobnie jak syjoniści zniszczyli palestyńskie domy. Powiedział mi przecież, że musiał sobie wyobrażać wolność, żeby przetrwać. A ja mu tę ideę zdepczę. Gorzej jest stracić dom czy iluzję? Czy lepiej poznać prawdę, czy wierzyć dalej? Mohammad nie jest wierzący, ja też nie. A zatem odpowiedź jest jasna. Ale prawda jest trudniejsza niż wiara.

14 sierpnia

Dzwoni do mnie Walid. „Nie ma domu nr 16”. Teraz budują tam 180 mieszkań, na placu budowy obok parku. Wysyła mi mapę i zaznaczone miejsce, gdzie był dom. Mam dowód. Już go nie ma. Nie wiem tylko, czy domu, czy zakładu fryzjerskiego. Wiem jednak, że obok domu znajdowały się schody prowadzące w dół wzgórza Carmel. I że w pobliżu zakładu fryzjerskiego był bar – Radio Café. Muszę zadzwonić do Mohammada.
 
„Mam nadzieję, że nie jesteś zbyt smutny”.
„Cieszę się”.
„Cieszysz się?”
„Tak. Ponieważ mój głos jest teraz w Palestynie”.
„Twój głos?”
„Tak. Teraz, kiedy z tobą rozmawiam, mój głos jest słyszalny w Hajfie”.

16 sierpnia

Spotykam się z Majidem Khamrą, który napisał książkę o historii Hajfy. Zabiera mnie na plac budowy. „Nie było tu zakładu fryzjerskiego” – mówi przekonująco. Pokazuje mi ręką, żebym szedł za nim. Przechodzimy kilkadziesiąt metrów na południowy wschód i dalej przez ulicę. Ulicą Omar el-Khatab idziemy w dół, skręcamy w lewo. Przechodzimy obok budynków, gdzie teraz jest pchli targ, a kiedyś stały sklepy palestyńskie. Widzimy minaret, a za nim szklane monstrum. Po dziesięciu metrach Majid zatrzymuje się i odwraca w lewo. „Tutaj był zakład fryzjerski”. Wskazuje na drzwi na parterze z aluminiową żaluzją w rogu dwupiętrowego domu z kamienia. „Kilka lat temu nad drzwiami było napisane Al Itihad, Jedność”. Prawdopodobnie tak nazywał się zakład fryzjerski Dauda. „Obok znajdowało się Radio Café”.

Myślę, że mam już odpowiedź. Dom znajdował się tam, gdzie dziś rosną nowe mieszkania, a zakład fryzjerski nie został jeszcze zburzony. Ze szczęścia bardzo chciałbym przytulić Majida. Dom zniknął, ale jest zakład fryzjerski i mam swoją odpowiedź. Wędrówka nie poszła na marne.

Ostatni dowód. Otrzymuję e-mail od siostry Mohammada. Znalazła dokument z 1943 roku stwierdzający, że adres zamieszkania Dauda to Wadi Salib 16. Teraz wszystko jasne. Dom zniknął. Budynek, w którym mieścił się zakład fryzjerski, wciąż stoi.

Czekam na nadejście zmroku, kiedy Wadi Salib i okoliczne ulice pustoszeją. Biorę torbę z szalem. Znów schodzę po dwóch kondygnacjach schodów i przechodzę przez dwie ulice z nowoczesną sygnalizacją świetlną. Przechadzam się po parku. Towarzyszy mi zapach trawy cytrynowej i rozmarynu. Mijając drzewa oliwne i palmy, docieram na plac budowy.

Nie mogę zostawić szala w tym betonie. Idę naprzód w kierunku domów osmańskich. Wybieram klatkę schodową ze sklepieniem na dole i dom stojący obok. Na wpół zburzony, bez dachu, ale z ładnymi łukami nad drzwiami i nad miejscem, w którym mógłby być dziedziniec. Nie spieszę się. Patrzę na szal. Chciałbym, żeby historia szala mogła trwać. Podróżował z Syrii do Słowenii i teraz powrócił na Bliski Wschód, gdzie dorastali rodzice Mohammada. Może ktoś go znajdzie, użyje lub podaruje. Być może będzie czekał w tym miejscu, aż zburzą dom i zabiorą go z resztą gruzu na wysypisko. Albo któryś pracownik zauważy go i zabierze dla swojej żony lub córki. Tak czy inaczej, część rodziny pozostanie tam, gdzie sięgają korzenie rodu Mohammeda, a gdzie on sam być nie może.

Wracam na plac budowy. Wyobrażam sobie, jak żył Daud. Z rana całował Bagdad, Labibę i Sulejmana, zamykał drzwi przy ulicy Wadi Salib 16 i szedł do pracy. Gdy wychodził na drogę, mijał sąsiadkę Rahel. Wymieniali uśmiechy i szybko umawiali się, kiedy Rahel będzie mogła opiekować się Sulejmanem. Spoglądam w morze, prawie sto metrów w dal, gdzie kiedyś cumowała łódź Dauda. Wydaje mi się, że podążam jego śladami, zbliżając się do zakładu fryzjerskiego przy ulicy Omar el-Khatabi. Zanim otwierał roletę na drzwiach, szedł do Radio Café na kawę z kardamonem. Następnie przygotowywał zakład dla klientów i w tym czasie omawiał codzienne wydarzenia z właścicielami sąsiednich sklepów. O czym rozmawiali 20 kwietnia 1948 roku? Czy wiedzieli już, że za dzień lub dwa zostaną wygnani z miasta? Jak udało im się uciec przed przemocą Hagany? Z dziećmi i całym bagażem.

Kieruję się na zachód, nieco pod górę, ulicą, która nazywała się Stanton Street. Docieram do czteropiętrowego owalnego budynku, jednego z największych i najbardziej znanych zachowanych palestyńskich budynków w mieście. Stanton Street 83. Tam Daud chodził do lekarza, doktora Kemala. Patrzę w kierunku cmentarza, oddalonego zaledwie kilka metrów od przychodni. Widzę zniszczone nagrobki, zapuszczone groby, rozrośniętą trawę i drogę, która podzieliła cmentarz na dwie części. Tu powinien być pochowany Daud, Bagdad, Sulejman i Labiba. W górnej części cmentarza zawracam z powrotem do zakładu fryzjerskiego w kierunku meczetu. Robię koło, po którym Daud poruszał się przez cały dzień.

Podchodzę do palmy. Wybieram jedną w parku na placu budowy i ją całuję. Robię tak, jak kazał mi Mohammad.

„Sulejman pozdrawia cię. I Daud, Mohammad, Samera, Bagdad, Labiba…”

1 września

Mohammad zakrywa dolną część twarzy dłonią i wpatruje się w komputer bez słowa. Patrzy, jak stoję na schodach w Hajfie i wrzucam szal do opuszczonego budynku.

„W porządku?” – pytam.
Jeszcze milczy.
„Co powiesz?”
Odsuwa rękę od ust. Jego twarz się rozjaśniła.
„Teraz chciałbym być z mamą”.
Idziemy na balkon na papierosa.

„Dałem Ci szal swojej mamy, żebyś go zabrał do Hajfy. To są moje geny. I tam jest nowy dom. Starego nie ma. Krok po kroku wszystko się kończy. To koniec. Kiedy zobaczyłem, jak wrzucasz szal do domu, chciałem wyciągnąć rękę i go złapać”.

Kładę na stole mydło oliwkowe i torebkę zmielonego kardamonu z Nablus oraz drewnianą deskę z cytatem Darwisza, którą kupiłem w Ramallah.

„Mahmud Darwisz mawiał, że ojczyzna to wspomnienie. Zgadzasz się z tym?” – pytam go.
„Odpowiedź znajduje się w książce Pachnidło Patricka Süskinda. Wspomnienie to zapach. Po zmieszaniu wszystkiego, co mamy na stole, powstaje nowy zapach, nowe wspomnienie. Pamiętam zapach szala mojej mamy”.
 „Pamiętasz, kiedy mama ci go dała?”
„Kiedy umarła, złapałem ją za wciąż ciepłą rękę. Na szyi miała szal. Wziąłem go i wyszedłem. Nie płakałem”.

Schował go do szafy. Czasami owijał go wokół szyi, w Syrii, w Słowenii i w podróży. Kiedy noce oczekiwania na azyl w Lublanie były ponure i czuł, że świat wokół niego się zamyka, używał go zamiast okrycia.

„Tekstura tego szala jest podobna do skóry mojej matki. Jest miękka. Sprawia mi radość”.
„Ale nie masz już szala”.
„Ach… Ważne, że przybył tu z Syrii. Nie chcę, żeby moje wspomnienia pozostały z Asadem”.

A teraz szal jest w Palestynie. Jednak Palestyna nie jest już tym, czym była dla Mohammeda. „Moje wspomnienia uległy zniszczeniu podczas wojny. Zrujnowane miasta i zabici ludzie. Teraz to moje wspomnienie. Syria. Wcześniej Palestyna. To wspomnienie przekazał mi ojciec, a jemu jego ojciec. Ale w Aleppo znam każdy kamień. To teraz moje wspomnienie”.

Tak naprawdę nie istnieje jedno wspomnienie, lecz trzy. „Mam trzy ojczyzny, trzy tożsamości i trzy wspomnienia. Czasami wszystkie trzy łączą się ze sobą, a czasem nie. Zdarza się, że jedno staje się bardziej żywe niż dwa pozostałe. Kiedy byłeś w Palestynie, ta część mojego wspomnienia ożyła. Moje doznania były z tobą. Ty byłeś tam, a ja byłem tutaj. Szaleństwo”.

Kiedy mówimy o wspomnieniu, nie możemy uniknąć tego, którego jeszcze nie mamy.
„Wiesz, pisałem o tobie” – kontynuował Mohammad.
„Naprawdę?”
„Napisałem, że jesteś ptakiem. Wsiadłeś do samolotu, odleciałeś i przyleciałeś z powrotem”.
„Ty nie możesz latać”.
„Latać. Chciałbym latać. Gdziekolwiek bym sobie życzył. Może bym wrócił, może nie. Ale chciałbym spróbować”.
„Nie wiesz, gdzie wolałbyś zostać?”
„Nie wiem, jak będzie wyglądać przyszłość. Wiem jedno. Jeśli pojadę do Palestyny, to będę chciał szybko wrócić. Jeśli pojadę do Syrii, nie wiem. Nie wiem”.

More by Joanna Borowy

Trzmieli Żleb, czyli co wydarzyło się we wsi Strmčnik podczas tygodniowego turnusu narciarskiego

Dzień zero       Znów niemal automatycznie skierował palce w stronę telefonu komórkowego, który położył obok talerza z zupą. Nie żeby spodziewał się czegoś ekscytującego na ekranie, po prostu nawyk był silniejszy… Wolał odinstalowywać aplikację randkową za każdym razem, gdy wracał do domu na kilka dni. I wciąż nie było dla niego całkiem jasne, czy robił to dla siebie i swojej rodziny – ponieważ nie chciał wprawiać ich w zakłopotanie – czy też czynił tak, aby uchronić się przed dyskomfortem innego rodzaju. Nie życzył sobie oglądać wśród użytkowników aplikacji śmiesznych przezwisk i żałosnych, ...
Translated from SL to PL by Joanna Borowy
Written in SL by Agata Tomažič

O rumakach i demonach

      Wczorajszy dzień pamiętam, jakby to było wczoraj. W Brukseli wsiadłem do pociągu do Hagi (a w zasadzie do dwóch pociągów, gdyż miałem przesiadkę) tylko po to, żeby zobaczyć jeden konkretny obraz.       Opętał mnie demon obsesyjnego pragnienia, więc po prostu musiałem pojechać.       Podróż odbiegała jednak znacznie od tego, jak ją sobie wyobrażałem – jako miłą, odprężającą wycieczkę do Holandii – co uświadomiłem sobie prawie natychmiast po opuszczeniu hotelu, zostawiając wszystko i wszystkich za sobą.       Na brukselskim Gare du Nord prawie wsiadłem do złego pociągu, ponieważ patrzyłem ...
Translated from SL to PL by Joanna Borowy
Written in SL by Mirt Komel

Dziennik

21 sierpnia Nazywam się Erik Tlomm, a to jest mój pamiętnik. Pisanie polecił mi psychiatra, być może w celu szybszego powrotu do zdrowia. Ale dla kogo mam właściwie pisać? Dla niego? Dla żony Linii? Chyba nie ośmieliłby się pokazać jej moich zapisków. Na moje wątpliwości odpowiedział: „Niech pan pisze dla siebie”. Kupiłem więc skórzany kajet i znalazłem się tutaj, przy biurku, pisząc pamiętnik dla siebie, i nie mogę pozbyć się dziwnego uczucia, że ​​piszę też dla kogoś innego – ale dla kogo? 22 sierpnia Chciałbym wyjaśnić swój pierwszy wpis do pamiętnika (komu? sobie? jemu? tobie?): przeżył...
Translated from SL to PL by Joanna Borowy
Written in SL by Mirt Komel

Niebo dzielę z ptakami

Czasami naprawdę nie da się wytrzymać. Są tak głośne, że mnie budzą. Poza tym kłócą się o to, kto dostanie najsmaczniejszy kąsek, więc nie mogę spać. Wszystko słyszę, choć okna mają podwójną szybę i ramy są dobrze uszczelnione. Ten chce nasion dyni, tamten siemienia lnianego, co tak przyjemnie chrupie, najmłodsze zabiegają o pokruszony chleb, samiczki za żadne skarby nie spróbują kuli ze smalcu. Kto by pomyślał, że drozdy, rudziki, sikorki i dzwońce nie zamierzają pakować do swojego brzucha wszystkiego, co wpadnie im pod dziób. Mieszkańcy naszego parku są bardzo wybredni. No kto by pomyślał… w...
Translated from SL to PL by Joanna Borowy
Written in SL by Agata Tomažič

Very Important Person

Znów cały dzień wgapiałem się w błyszczące cyfry nad windą. 8… 7… 6… 5… 4… 3… 2… 1…       – Dzień dobry, panie Seljak.       Zawsze go witam, wszak wykonuję swoją pracę profesjonalnie. Odpowiada mi milczeniem, on też jest profesjonalistą. Kiedy mam szczęście, na jego kamiennej twarzy pojawia się zmarszczka. Jeśli ma dobry dzień, unosi prawą brew, jakby chciał mi powiedzieć: „Wiem, że tu jesteś, ale ja działam po dyrektorsku”.       Ileż to razy mówiłem sobie, że zostawię go w spokoju. Że na ignorowanie odpowiem ignorowaniem. Ale moja mama nauczyła mnie, że wobec ludzi w garniturach i krawatach...
Translated from SL to PL by Joanna Borowy
Written in SL by Andraž Rožman
More in PL

PISK

Dwudziesty ósmy listopada 2020 roku, miesiąc po tym, jak upolityczniony Trybunał Konstytucyjny zdelegalizował aborcję w Polsce. Magda Dropek, jedna z organizatorek protestów kobiet w Krakowie, napisała na Facebooku: Przez kilka lat wspierania działań ulicznych jednego byłam pewna: nie potrafię krzyczeć, skandować, jestem zbyt chaotyczna, by sprawnie i logicznie mówić, dlatego dobrze czułam się zawsze w przelewaniu myśli, ale na papier/ekran, pisaniu, komunikacji bez głosu. No i mój głos, nie cierpię swojego głosu. W ostatnich tygodniach krzyczę jak nigdy, z trzewi, ze środka, z przepony, se...
Written in PL by Aleksandra Lipczak

Zmiana zdania

Maixa radzi, żebym wymawiała wyraźnie wszystkie sylaby, nie siliła się na londyński akcent, nie zatrzymywała się za długo przy części teoretycznej, sprawdziła przed rozpoczęciem obrony sprzęt komputerowy, była korna, zapisała sobie pytania i sugestie komisji i zaprosiła ich na obiad w restauracji z zamkniętym menu. June uważa, że pomysł z restauracją jest do bani i sugeruje catering na wydziale, cytat Webera, połówkę valium do śniadania i podwózkę do Gasteiz. Przystaję na bibliografię i transport. Ruszamy z Bilbao z moją mamą, kuzynką i chłopakiem, ściśnięci na tylnym siedzeniu, z migocącą la...
Translated from ES to PL by Katarzyna Górska
Written in ES by Aixa De la Cruz Regúlez

Ewolucja trzonowca

Jeszcze 47 nocy Asystent stomatologiczny wyciąga z moich ust hak. – Widzisz? – pyta niemal z dumą. Hak jest pokryty warstewką szarawej śliny. – To z kieszonki. Dziwne słowo na szczelinę między moim dziąsłem a tylnym zębem. „Kieszonka” brzmi pojemnie, jakby można było włożyć do niej klucze, a może nawet żel do rąk czy telefon. Jedyne, co znajduje się w mojej kieszonce, to przeżute resztki jedzenia sprzed miesięcy. Niewiele później zjawia się dentysta, wskazuje na ekranie komputera moją żuchwę. Dolny prawy ząb mądrości wyrósł w poprzek, jego korzenie sterczą do tyłu, a góra napiera na tyl...
Translated from NL to PL by Olga Niziołek
Written in NL by Alma Mathijsen

Szczerze mówiąc, kochanie, nic mnie to nie obchodzi

Marek rzuca mnie na łóżko, a coś w jego twarzy i w sposobie, w jaki mnie chwycił, sprawia, że zupełnie tracę orientację, jakby zmiotła mnie lawina; nagle nie umiem powiedzieć, gdzie jest góra, gdzie dół. Trwa to zaledwie ułamek sekundy, już po chwili jego ręce wyciągają mnie na powierzchnię – wciąż leżę na materacu, ale góra i dół nieodwołalnie wracają na swoje miejsce. I dopiero teraz zdaję sobie sprawę, co widziałam, dopiero teraz to do mnie dociera, choć jeszcze nie w pełni: krótki, ulotny rozbłysk, jak kiedy ktoś na moment zapala światło i zaraz je gasi. Człowiek wie, że coś zobaczył – naw...
Translated from CZ to PL by Agata Wróbel
Written in CZ by Lucie Faulerová

Wyprawa na fajerwerki, czyli rzecz o Unii Europejskiej i młodych ludziach

Jak przystało na człowieka mało obytego, wszedłem do klubu tuż po otwarciu, w porze, kiedy młodzi bywalcy dopiero wprawiają się w dobry nastrój w okolicznych barach. Na opustoszałym parkiecie tańczyły na razie tylko światła, a kawałki puszczane przez DJ-a przypominały raczej buddyjskie mantry niż mroczne satanistyczne bity. Lśniąca wilgocią podłoga zdradzała, że jeszcze pół godziny temu po sali krążyła ekipa sprzątająca. Oddałem się więc rozmyślaniom nad przewrotnością losu, raz po raz wędrując po piwo – korzystałem z faktu, że przy barze nie ma jeszcze kolejek. Gdybym przyszedł później, ochro...
Translated from CZ to PL by Agata Wróbel
Written in CZ by Ondrej Macl

Trzmieli Żleb, czyli co wydarzyło się we wsi Strmčnik podczas tygodniowego turnusu narciarskiego

Dzień zero       Znów niemal automatycznie skierował palce w stronę telefonu komórkowego, który położył obok talerza z zupą. Nie żeby spodziewał się czegoś ekscytującego na ekranie, po prostu nawyk był silniejszy… Wolał odinstalowywać aplikację randkową za każdym razem, gdy wracał do domu na kilka dni. I wciąż nie było dla niego całkiem jasne, czy robił to dla siebie i swojej rodziny – ponieważ nie chciał wprawiać ich w zakłopotanie – czy też czynił tak, aby uchronić się przed dyskomfortem innego rodzaju. Nie życzył sobie oglądać wśród użytkowników aplikacji śmiesznych przezwisk i żałosnych, ...
Translated from SL to PL by Joanna Borowy
Written in SL by Agata Tomažič