View Colofon

Trzmieli Żleb, czyli co wydarzyło się we wsi Strmčnik podczas tygodniowego turnusu narciarskiego

Translated from SL to PL by Joanna Borowy
Written in SL by Agata Tomažič

Dzień zero

      Znów niemal automatycznie skierował palce w stronę telefonu komórkowego, który położył obok talerza z zupą. Nie żeby spodziewał się czegoś ekscytującego na ekranie, po prostu nawyk był silniejszy… Wolał odinstalowywać aplikację randkową za każdym razem, gdy wracał do domu na kilka dni. I wciąż nie było dla niego całkiem jasne, czy robił to dla siebie i swojej rodziny – ponieważ nie chciał wprawiać ich w zakłopotanie – czy też czynił tak, aby uchronić się przed dyskomfortem innego rodzaju. Nie życzył sobie oglądać wśród użytkowników aplikacji śmiesznych przezwisk i żałosnych, nieostrych zdjęć sąsiadów z wioski, którzy na zewnątrz pielęgnowali nieskazitelny obraz kochających mam i przykładnych ojców, ale tak naprawdę byli zupełnie inni. Tak, powierzchowność była bardzo ważna w Strmčniku.
      – Przestań, odłóż ten telefon! – okrzyk, który świsnął po ręce prawie jak uderzenie rózgi, zabrzmiał gromko w ciemnej, wyłożonej drewnem kuchni.
      – Nie wypada patrzeć podczas obiadu przez cały czas na telefon! Twoja mama przygotowała taki smaczny posiłek, a ty masz to w nosie! Jest tak mało okazji, kiedy możemy zjeść razem!
      Spuścił głowę i mimowolnie zgarbił się jak pies złapany na gorącym uczynku, skarcony przez właściciela. Przy czym nie jest do końca jasne, czy pies naprawdę żałuje swojego zachowania, czy też przez lata nauczył się tylko wyczarowywać złudzenie wyrzutów sumienia, bo zdał sobie sprawę, że uszczęśliwia tym swego pana. Po ponad dwudziestu latach życia Jan z pewnością doskonale wiedział, co wprawia jego babcię w zły humor i co ją uszczęśliwia. Wiedział też, że lista rzeczy, które ją irytują, jest znacznie dłuższa niż lista tych, które są jej drogie i rozpalają iskierkę radości w oczach. Vera nie należała do tych dobrodusznych babć, które rozpieszczają wnuki, kupują im lody i zabierają do zoo, nawet jeśli rodzice wyraźnie im tego zakazują, bo ich dzieci źle się zachowały i na to nie zasługują. Bo przecież to babcie i swoje dzieci już odchowały, a wnuki są właśnie po to, żeby je rozpieszczać, czyż nie?
      Ale Vera taka nie była. Nawet jeśli Jan zachowywał się wzorowo – co zdarzało się prawie zawsze – i kiedy przynosił świadectwo z samymi celującymi – co miało miejsce praktycznie przez całe pierwsze dwanaście lat nauki – nie zasłużył u swojej babci na słowa pochwały ani tym bardziej na przytulenie. A już najmniej na banknot albo zwitek banknotów, jakie inni dziadkowie wręczali kolegom Jana, którzy w szkole osiągali znacznie gorsze wyniki. Rodzice lub dziadkowie za dobre świadectwa kupowali im drogie rowery górskie, najwyższej jakości sprzęt narciarski lub dawali duże sumy pieniędzy, żeby dzieci mogły to wszystko kupić same. Jan uczył się jeździć na starych nartach, rower odziedziczył po ojcu, kiedy ten już nie mógł na nim jeździć, nawet ubrania i buty miał znoszone, mimo że nie miał starszych braci i sióstr. Dopóki pewnego dnia kolega z klasy, od którego często pożyczał pieniądze na przekąski, nie wygarnął mu, że nie myśli już dawać mu więcej kasy i że nie będzie dłużej znosił jego skąpstwa, bo matka powiedziała mu, że rodzina Jana ma aż nadto pieniędzy, Jan nawet nie wiedział, że są naprawdę dość zamożni. Według kryteriów, które obowiązywały poza Strmčnikiem, mogli być uważani za bogatych nawet w pobliskim mieście, którego mieszkańcy lubili jeździć do nich na wakacje. Ich hotel nie był tak duży i luksusowy jak niektóre inne we wsi, liczył zaledwie piętnaście pokoi, ale był najstarszy i najładniejszy, a przede wszystkim był ich własnością od pokoleń. Dzięki temu, jak i poprzez fakt, że zaliczał się do kategorii tak zwanych hoteli rodzinnych, z biegiem lat wzrastała jego wartość, co zapewniało im niemal stuprocentowe obłożenie nie tylko w sezonie zimowym, ale coraz częściej także latem.
      Większość turystów wpada w pułapkę, myśląc, że przymiotnik „rodzinny” zapewnia hotelom szczególne ciepło i miłość – do jakich zdolne są tylko rodziny (co oczywiście również jest pułapką i fikcją). Hotel Flajs był solidnie zarządzany i czysty, a goście czuli się w nim dobrze i chętnie do niego wracali – ale tego wszystkiego nie zapewniało prowadzenie hotelu przez rodzinę, ale fakt, że w tej rodzinie było za mało ciepła, czułości i wyrozumiałości. Głównym i jedynym powodem, dla którego hotel odniósł taki sukces, była Vera. Vera, której usta prawie nigdy nie układały się w uśmiech, a coraz częściej zwężały do linii prostej, która najbardziej przypominała szparę w skarbonce. Jakby starsza pani bała się, że wraz z wydychanym powietrzem wypuści coś wartościowego, coś, co trzeba by było trochę dłużej zatrzymać i jakoś wykorzystać lub spieniężyć.
      Taka była od niepamiętnych czasów, pierwsze wspomnienie Jana o niej wyglądało właśnie tak, a z biegiem lat robiło się coraz gorzej. Patrzył na nią, jak siedzi przy stole z apodyktycznym, szyderczym wyrazem twarzy i rzuca mu zimne, pogardliwe spojrzenie. Miała woskowatą cerę, która mimo zaawansowanego wieku nie była usiana zmarszczkami – jakby to jej wieczne ponuractwo miało ją chronić przed oznakami starzenia się. Jej siwe włosy przerzedzały się, a skóra uszu wiotczała – zwisające złote kolczyki, które ojciec podarował jej na dziesiąte urodziny, twierdziła, że nie zdjęła ich od tego czasu, poszerzyły otwory w płatkach uszu do granic możliwości. Kołysały się jak piersi starych afrykańskich kobiet, budząc grozę i lęk przed śmiercią, starzeniem się i powolnym rozpadem ciała. Jan nie mógł znieść widoku jej płatków uszu i za każdym razem, gdy wracał do domu, a ona kazała mu się przytulić, zamykał z przerażeniem oczy, żeby nie widzieć tych wiotkich kawałków mięsa. Jak zaczął studiować historię sztuki i profesorowie wykładali o stylach artystycznych na przestrzeni dziejów, zdał sobie sprawę, kogo przypomina mu babcia: jedną z matron, które Rembrandt portretował na zamówienie u boku ich mężów, chciwych kupców z Hagi czy Delftu z przebiegłym blaskiem w oczach. Brakowało jej tylko białego czepka i kryzy na czarnym ubraniu, a Vera wyglądałaby, jakby ożyła na płótnie jednego z mistrzów północnego renesansu. Bez męża, oczywiście, bo ten już dawno zszedł z tego świata, lecz Vera, odkąd została wdową, ubierała się ku jego czci na czarno. 

– Tak, babciu – powiedział Jan. – Przepraszam – dodał, zwracając się do matki, drobnej kobiety, której twarz była tak bardzo zapadnięta i wyczerpana, jak skóra Very napięta i promienna.
      W tym momencie dało się słyszeć rżenie konia. Dochodziło przez otwarte drzwi tarasu. Na zewnątrz było już całkiem ciepło, dzień był słoneczny i wczesnowiosenne słońce już śmiało topiło śnieg na balustradzie. Kałuża stawała się coraz większa i większa, a kiedy w nocy słupki ponownie spadały poniżej zera, znów zamarzała, ale czuło się, że dni zimy są już policzone. To zresztą najlepszy czas na narty – śnieg na stokach był jeszcze wystarczająco twardy, a narciarze mogli około południa wylegiwać się w słońcu na leżakach. Dlatego też w tym wiosennym okresie ceny w hotelach były najwyższe.
      Rżenie wciąż się przybliżało.
      – Cholerny koniarz – prychnęła Vera z pogardą – nie mogę uwierzyć, że wciąż spaceruje z koniem. Za kogo on się uważa? Czy on myśli, że jest jak partyzanci, którzy przybywali do Lublany pod koniec wojny, aż na ulicach było pełno końskich gówien i wszystko śmierdziało? Niedaleko pada jabłko od jabłoni – powiedziała, kurcząc się i odkładając sztućce, jakby same końskie odgłosy przeszkadzały jej tak bardzo, że nie mogła już jeść.
      Przez drzwi zajrzała zarośnięta głowa. Coś w rodzaju Grizzly’ego Adamsa, z tą różnicą, że zarówno włosy, jak i kępki na podbródku były już siwe. Dysząc, łapiąc oddech, opierał się jedną ręką o ramę okna i już miał otworzyć usta, by coś powiedzieć, gdy…
      – Nie może pan użyć dzwonka i wejść drzwiami jak wszyscy normalni, cywilizowani ludzie? – wypaliła Vera z wyrzutem. – A jeśli pański koń ulży sobie w ogrodzie, zbierze pan kupy i weźmie je ze sobą!
      – Znaleźli… znaleźli… auto! – zaczęła niepewnie rozczochrana głowa. – Samochód, który Miran zakopał jesienią w śniegu! I ogłosił nagrodę dla znalazcy! Właśnie znaleźli go jacyś narciarze, znaleźli go w Trzmielim Żlebie!
      – Stojanie, proszę cię, dlaczego myślisz, że bylibyśmy tym zainteresowani? Nie widzisz, że jesteśmy w trakcie obiadu? Nawet pies lubi zjeść w spokoju! Przeszkadzasz nam!
      – W samochodzie znaleźli… Romana!
      Brzdęk! – spadająca łyżka spowodowała hałas, zwracając uwagę wszystkich na jedyną osobę siedzącą przy stole, która przez cały obiad nie powiedziała ani słowa, choć w rozmowie została wspomniana przynajmniej raz, i to jako dobra kucharka, której należą się słowa uznania za pyszny rosół wołowy. Później rodzina będzie miała okazję skosztować wyśmienitych pieczonych ziemniaków i pieczołowicie przygotowanych polędwiczek wieprzowych. Ale czy będzie im to dane? Ręce Vlasty trzęsły się teraz tak bardzo, że nie mogła utrzymać nawet łyżki, nie mówiąc już o chwyceniu patelni z ziemniakami pozostawionej na kuchence czy brytfanny z mięsem w piekarniku. Jana ogarnęło nieprzyjemne uczucie, że jego pobyt w rodzinnej wsi, planowany jako przedłużony weekend, który chciał spędzić głównie na nartach, nieprzewidzianie się przeciągnie. Czuł się tak, jakby koniec jedwabnego szalika, który owinął wokół szyi w pozornej, a w rzeczywistości starannie przemyślanej nonszalancji, utknął w kole zębatym jakiejś maszyny. Jakby ciągnął i ciągnął tak mocno i uporczywie, że Janowi nie pozostało nic innego, jak zbliżyć głowę, bo inaczej szal zacisnąłby mu się na szyi i skończyłby tragicznie jak Isadora Duncan. Wydawało mu się, że coś się gdzieś zaczęło i że nie da się tego powstrzymać. Nie mógł dłużej udawać, że nie słyszał tego, co usłyszał. Ani tego, co nastąpiło później.
      – Nie żyje, ma zakrwawioną głowę, to wszystko, co widziałem, potem od razu tu przyjechałem…
      Vlasta odsunęła od siebie talerz z taką siłą, że zupa rozbryznęła się na kraciastą ceratę, i z takim obrzydzeniem, jakby zobaczyła na talerzu przed sobą ni mniej, ni więcej, tylko odciętą, zakrwawioną głowę Jana Chrzciciela. Potem wstała i wybiegła z kuchni, skręcając za recepcją w stronę drzwi z napisem „Toalety”. Przy recepcji o mały włos nie przewróciła dwóch stojących gości w pełnym narciarskim ekwipunku. Na szczęście byli tak pochłonięci rozmową, że nie zwrócili zbytniej uwagi na pędzącą w szale kobietę.
      – Tak, ale jeśli weźmiemy bilet tygodniowy już pierwszego dnia, musimy być pewni, że pogoda utrzyma się przez całe siedem dni – powiedział on.
      – Mówię ci, że tak będzie. Prognoza tygodniowa wygląda świetnie – powiedziała ona, ubrana w różową kurtkę puchową z białym futrzanym kołnierzem, i pomachała mu przed nosem swoim telefonem. – Spójrz, słońce przez resztę tygodnia – stwierdziła z triumfem w głosie, jakby każdego dnia własnoręcznie wprowadzała świecącą kulę na firmament, albo przynajmniej jakby sama stworzyła mapę meteorologiczną całego kurortu narciarskiego.
      – Cóż, racja. Niech będzie. Powiedzmy, że ci wierzę – odparł.
      – Nie masz wyboru, musisz mi uwierzyć. Zawsze mam rację – powiedziała i w momencie, gdy jego ręka wyciągnęła się, by ją szturchnąć, przypuszczalnie w ramach zabawy, dodała: – Dzięki temu nie tylko zaoszczędzimy na karnecie tygodniowym, który jest tańszy niż zakup siedmiu dziennych, ale także na czasie, bo nie będziemy musieli każdego ranka ponownie ustawiać się w kolejce do kasy. Nie mówiąc już o tym, że mamy też zniżkę przy zakupie karnetu trzygodzinnego na to popołudnie!
      Patrzył na nią z podziwem i kręcił głową, jakby nie mógł uwierzyć, jakim skarbem – oszczędną i zaradną żoną – obdarzył go los. Odwróciła się na pięcie i skierowała w stronę recepcji, akurat gdy drzwi toalety otworzyły się i wyszła z nich kobieta o kredowobiałej twarzy, której cera wyglądała jeszcze bardziej niezdrowo w zestawieniu z czarnymi rozczochranymi włosami.
      – Dzień dobry, czy moglibyśmy dostać klucze do pokoju, który zarezerwowaliśmy? – powiedziała kobieta w pełnym stroju narciarskim. – Trochę nam się spieszy!
      Vlasta skinęła bez słowa, stanęła za kontuarem recepcji, sięgnęła po myszkę, wpatrując się w ekran komputera. Przez chwilę myślała, że znowu będzie jej niedobrze i że zaraz zwymiotuje żółcią, właśnie tam, na blat i na teczki pod nim, a nawet na dwoje gości, którzy opierali się o recepcję i patrzyli na nią z zaciekawieniem. Wmawiała sobie, że nie może już nic więcej z siebie wyrzucić, że jej żołądek jest zupełnie pusty, że nie jest chora, że nie jest tak źle… Potem wyciągnęła rękę za plecy i bez patrzenia chwyciła właściwe klucze. No, może nie właściwe, a jedyne, które jeszcze tkwiły w przegródce.
       – Proszę… witamy państwa w Hotelu Flajs. Życzę miłego pobytu! – powiedziała Vlasta i usiadła na krześle, biała jak puder na policzkach cyrkowego klauna. Kiedy łza spłynęła jej z oka, stała się jeszcze bardziej do niego podobna.
      – Vlaaaasta!! Chodź i dokończ jedzenie – dobiegł z kuchni głos Very – twoja zupa jest już prawie zimna! No i nie będziemy chyba wyrzucać ziemniaków i mięsa!

More by Joanna Borowy

O rumakach i demonach

      Wczorajszy dzień pamiętam, jakby to było wczoraj. W Brukseli wsiadłem do pociągu do Hagi (a w zasadzie do dwóch pociągów, gdyż miałem przesiadkę) tylko po to, żeby zobaczyć jeden konkretny obraz.       Opętał mnie demon obsesyjnego pragnienia, więc po prostu musiałem pojechać.       Podróż odbiegała jednak znacznie od tego, jak ją sobie wyobrażałem – jako miłą, odprężającą wycieczkę do Holandii – co uświadomiłem sobie prawie natychmiast po opuszczeniu hotelu, zostawiając wszystko i wszystkich za sobą.       Na brukselskim Gare du Nord prawie wsiadłem do złego pociągu, ponieważ patrzyłem ...
Translated from SL to PL by Joanna Borowy
Written in SL by Mirt Komel

Dziennik

21 sierpnia Nazywam się Erik Tlomm, a to jest mój pamiętnik. Pisanie polecił mi psychiatra, być może w celu szybszego powrotu do zdrowia. Ale dla kogo mam właściwie pisać? Dla niego? Dla żony Linii? Chyba nie ośmieliłby się pokazać jej moich zapisków. Na moje wątpliwości odpowiedział: „Niech pan pisze dla siebie”. Kupiłem więc skórzany kajet i znalazłem się tutaj, przy biurku, pisząc pamiętnik dla siebie, i nie mogę pozbyć się dziwnego uczucia, że ​​piszę też dla kogoś innego – ale dla kogo? 22 sierpnia Chciałbym wyjaśnić swój pierwszy wpis do pamiętnika (komu? sobie? jemu? tobie?): przeżył...
Translated from SL to PL by Joanna Borowy
Written in SL by Mirt Komel

Kilka miesięcy później

12 sierpnia „Mohammad, bądź przy telefonie za pół godziny. Myślę, że go znalazłem!” Podnoszę się z łóżka, cały roztrzęsiony ubieram się jak najszybciej i wychodzę z hostelu. Szybko. Jakby miało znaczenie, że dotrę do domu pięć minut wcześniej lub później. Prawie zbiegam po zboczu w dół portu, gdzieś pomiędzy żydowską dzielnicą Hardara Carmel a niegdyś palestyńską Wadi Salib. Wciąż jednak słyszę piłę, tnącą najprawdopodobniej żelazo, oraz odgłosy kur i kogutów. Niezwykłe. Zapach wsi w środku miasta, które chce wymazać historię i być nowoczesne. Jakbym cofnął się do 1948 roku, kiedy z tego wzg...
Translated from SL to PL by Joanna Borowy
Written in SL by Andraž Rožman

Niebo dzielę z ptakami

Czasami naprawdę nie da się wytrzymać. Są tak głośne, że mnie budzą. Poza tym kłócą się o to, kto dostanie najsmaczniejszy kąsek, więc nie mogę spać. Wszystko słyszę, choć okna mają podwójną szybę i ramy są dobrze uszczelnione. Ten chce nasion dyni, tamten siemienia lnianego, co tak przyjemnie chrupie, najmłodsze zabiegają o pokruszony chleb, samiczki za żadne skarby nie spróbują kuli ze smalcu. Kto by pomyślał, że drozdy, rudziki, sikorki i dzwońce nie zamierzają pakować do swojego brzucha wszystkiego, co wpadnie im pod dziób. Mieszkańcy naszego parku są bardzo wybredni. No kto by pomyślał… w...
Translated from SL to PL by Joanna Borowy
Written in SL by Agata Tomažič

Very Important Person

Znów cały dzień wgapiałem się w błyszczące cyfry nad windą. 8… 7… 6… 5… 4… 3… 2… 1…       – Dzień dobry, panie Seljak.       Zawsze go witam, wszak wykonuję swoją pracę profesjonalnie. Odpowiada mi milczeniem, on też jest profesjonalistą. Kiedy mam szczęście, na jego kamiennej twarzy pojawia się zmarszczka. Jeśli ma dobry dzień, unosi prawą brew, jakby chciał mi powiedzieć: „Wiem, że tu jesteś, ale ja działam po dyrektorsku”.       Ileż to razy mówiłem sobie, że zostawię go w spokoju. Że na ignorowanie odpowiem ignorowaniem. Ale moja mama nauczyła mnie, że wobec ludzi w garniturach i krawatach...
Translated from SL to PL by Joanna Borowy
Written in SL by Andraž Rožman
More in PL

Glosariusz osadzonego

Glosariusz osadzonego zawiera słowa i historie osadzonych z turyńskiego zakładu karnego Lorusso e Cutugno, osadzonych w V sekcji pawilonu C przeznaczonego dla „więźniów chronionych”. Powstał jako owoc dwuletnich warsztatów kreatywnego pisania, które odbywały się w więzieniu. Każdy wie, co oznaczają słowa „dom”, „zima” czy „miłość”, ich znaczenie jest niepodważalne. Jednak w zakładzie karnym podlega ono przemianie, a przemiana owa wynika ze specyfiki miejsca: wewnątrz nie istnieje nic, co poza, słowa stają się prehistoryczne. Jakby skamieniały w przedwiecznej epoce. To właśnie w tych współdzie...
Translated from IT to PL by Mateusz Kłodecki
Written in IT by Sara Micello

PISK

Dwudziesty ósmy listopada 2020 roku, miesiąc po tym, jak upolityczniony Trybunał Konstytucyjny zdelegalizował aborcję w Polsce. Magda Dropek, jedna z organizatorek protestów kobiet w Krakowie, napisała na Facebooku: Przez kilka lat wspierania działań ulicznych jednego byłam pewna: nie potrafię krzyczeć, skandować, jestem zbyt chaotyczna, by sprawnie i logicznie mówić, dlatego dobrze czułam się zawsze w przelewaniu myśli, ale na papier/ekran, pisaniu, komunikacji bez głosu. No i mój głos, nie cierpię swojego głosu. W ostatnich tygodniach krzyczę jak nigdy, z trzewi, ze środka, z przepony, se...
Written in PL by Aleksandra Lipczak

Rzeczy niezmienne

Nie było jeszcze we mnie ani odrobiny strachu, więc wyciągałem ręce, żebyś mnie dotknął. Twoja dłoń opadała, w tle muzyczka jak z windy, opadająca dłoń ciepła jak kluchy, żyły jak skręcone w nieustannej ciszy węże, obgryzałeś paznokcie, aż przypominały muszelki, a twoja dłoń opadała, opad, odpad, aż napotkała moją i spletliśmy dżdżownice palców. Biedaczysko. Dawniej nosiłeś mnie na rękach, wystękiwałeś w środku nocy kołysanki, chociaż sam potrzebowałeś się położyć. Wielokrotnie podcierałeś mi pupcię, wtykałeś dżdżownice w kupy, które zostawiały ślad, i ścierałeś siki z ubrań. Dawniej musiałe...
Translated from PT to PL by Gabriel Borowski
Written in PT by Luis Brito

Uma bomba a iluminar a noite do Marão

Zgrubiałe od pracy palce kaleczą mi policzki, kiedy wycieram łzy, które nie przestają płynąć. Jestem przekonana, że morze nie ma granic, i nie wiem, dlaczego wciąż się boję, że w środku jestem już martwa. Czy nie zaznam spokoju nawet wtedy, gdy już wszystko się skończy? Nigdy nie widziałam morza, ale umiem wyznaczać ścieżki. Wody nie da się owinąć wokół palca, płynie, dokąd zechce, jednak ja potrafię nadać jej bieg i wykorzystać jej upór, zanim znowu mi się wymknie, ruszy ku zakamarkom i wypełni ogrom mojej niewiedzy. Nie ogarnęłam jeszcze bezmiaru zdumienia, z jakim podziwia się oceany, nie ...
Translated from PT to PL by Gabriel Borowski
Written in PT by Daniela Costa

Diário de uma portuguesa em Angola

Prolog Całymi latami bombardowano mnie opowieściami o Angoli. Popadającymi ze skrajności w skrajność doniesieniami o ludziach zakochujących się w tym kraju od pierwszego wejrzenia i czujących się tam jak w domu oraz o tych, którzy tego miejsca nie znoszą i nie są w stanie się w nim odnaleźć. Niezwykłymi historiami, zupełnie jak z kart książek, ponieważ jakaś cząstka mnie nie wierzyła, że mogły się wydarzyć naprawdę. Zawsze sądziłam, że w tych opowieściach jest spora doza przesady. Jak wiadomo, każdy lubi nieco podkoloryzować – a w tym przypadku raczej dodać całą paletę. Długo nie mogłam się...
Translated from PT to PL by Gabriel Borowski
Written in PT by Patrícia Patriarca

Obce miasto

Amsterdam u progu jesieni mienił się kolorami. Przywitała mnie kapryśna pogoda: raz słońce, raz deszcz – i tak w kółko, jak zdrowaśki różańca. Właśnie stoję pod mostem, czekając, aż przeleci kolejna ulewa. Tego dnia wybrałam się rowerem na przejażdżkę po okolicy. Chciałam zobaczyć słynne poldery, kanały ciągnące się w poprzek soczyście zielonych łąk, wiatraki, które górują nad krajobrazem, rozpościerając ramiona niczym strachy na wróble. To miała być moja pierwsza wycieczka, początek przyjaźni między mną a nowym miejscem – krajem znanym ze wspaniałej architektury, gdzie planowałam pomieszkać p...
Translated from CZ to PL by Agata Wróbel
Written in CZ by Anna Háblová